Jestem Mamą

Z pamiętnika mamuśki, czyli 5 urodziny Księciunia

Pandemiczne poranki w czasie zamkniętych przedszkoli wyglądają identycznie. Młody śpi do 7-9, w tym czasie ja już pracuję, małżonek śpi, albo jest już dawno w pracy. Kiedy słyszę wiercenie się na łóżku, już wiem, że za chwilę usłyszę dreptanie małych stóp udających się w stronę salonu z Puchatkiem pod pachą. Jako zła matka, włączam kanał 13. Na tapetę wjeżdżają niebieskie Smerfy, a potem Top Wings. Daję mi to chwilę spokoju na ogarnięcie bieżących, często naglących, porannych obowiązków w pracy, zanim Panicz zacznie domagać się pożywienia. Ale od kilkunastu dni do codziennej rutyny doszedł jeden bardzo istotny czynnik, który pojawia się wraz z pierwszym otwarciem oczu, wraz z pierwszymi krokami, które nie prowadzą od razu do salonu, a do wiszącego w kuchni kalendarza.
– Mamusiu, a wiesz ile jeszcze zostało dni do moich urodzin? Tyle! (pokazuję mi na palcach zerkając na wyróżnioną czerwoną ramką datę w kalendarzu, mój duży syn!).
Wesołe iskierki tańczące w przebudzonych po nocy oczach wywołują mój szczery uśmiech i wzruszenie.
– Tak właśnie, tyle dni – potwierdzam, wskazując na tę znamienną datę, kiedy tydzień przed planowanym terminem, po 9h bólu i męki, pojawił się On. Taki mały, bezbronny, dający głośno znać o swoim nadejściu. Wraz z pierwszym wydanym przez siebie krzykiem, ból odszedł w niepamięć zastępując go radością i wdzięcznością, które towarzyszą mi do dziś. Mimo wylania morza łez w niejednej chwili bezsilności i trzęsących się z nerwów oraz niepokoju dłoni, krzyków, za które nie raz biłam się w pierś wieczorami albo zostawiając łzy pod prysznicem wraz ze spływającą po moim ciele wodą. Mimo wszystkich tych trudnych dni, które nie raz miałam ochotę wyprzeć z pamięci, codziennie jestem wdzięczna za to, że pojawił się w naszym życiu dopełniając naszą rodzinę. We dwoje byliśmy szczęśliwi. Niczego nam nie brakowało, mogliśmy pozwolić sobie na wiele, żyć beztrosko, niczym się nie martwiąc, długo spać, wypoczywać kiedy i jak chcieliśmy, bez kombinacji i trosk. Ale na dłuższą metę życie tylko we dwoje wydaję mi się puste i pozbawione tej ważnej cząstki jaką dla mnie – bo wiem, że nie dla wszystkich i szanuję to – jest dziecko. To taka wisienka na torcie. Kropka nad „i”, która zmienia wszystko.

Każdego dnia widzę jak bardzo się zmienia. Jak rośnie w nim duży chłopiec, który codziennie zaskakuje mnie swoją spostrzegawczością, mądrością i sprytem. Bywa cwany, a mnie ciężko wtedy zachować grobową minę albo zareagować w jakikolwiek inny sposób. Nie warto wdawać się z nim w pyskówki, bo można polec na całej lini ?

Każdy dzień to kolejny zdobyty szczebel w jego samodzielności, którego efekty nieświadomie podglądam łapiąc się na tym, że mój mały chłopczyk ma już swoje sprawy, duże i małe problemy. Nie we wszystkie mnie wtajemnicza, bo tworzy swój świat, którego jestem bliskim obserwatorem, pozwalając mu na popełnianie błędów, okazywanie swoich uczuć, chwilę słabości i triumfu. Jego wachlarz emocji codziennie się wzbogaca, a my podpatrujemy jak sobie z nimi radzi i służymy wsparciem kiedy nie do końca potrafi wszystkie je wyrazić.

Zaskakuje nas każdego dnia wprawiając w osłupienie, wywołując śmiech albo konsternację.

Macierzyństwo to naprawdę niesamowite doświadczanie, które uczy nas altruizmu, współpracy z małym, dorastającym na naszych oczach człowiekiem, odpowiedzialności, poświęcenia i cierpliwości. Uczy jeszcze wielu innych rzeczy, których nie sposób tutaj wymienić.

Wiem, że każdy rodzic tak mówi, ale te 5 lat od jego urodzenia minęło tak szybko, że nie zdążyłam się obejrzeć, a z kapryśnego bobasa wyrósł równie kapryśny 5-latek ? Z tą różnicą, że teraz dobitniej wyraża swoje potrzeby i nie trzeba się ich domyślać ? Dla nas, Jego rodziców jest wyjątkowym, najpiękniejszym darem, za który dziękujemy każdego dnia, bo nie każdy dostaje od losu taką szansę.

Kolejny rok i jedna świeczka na torcie więcej. 5 lat. Niby tak niewiele, a tyle zmian w małym człowieku, który na naszych oczach rozwija skrzydła. Codziennie rozpościera je coraz bardziej, żeby pewnego dnia ukazać je światu w pełnej okazałości, a wtedy wyleci z naszego ciepłego, rodzinnego gniazda, z którego mam nadzieję, wyniesie samo dobro. Bo przecież dzieci nie wychowuję się dla siebie, ale dla świata, który przyjmuję je z całym dobytkiem inwentarza.

Wszystkiego najpiękniejszego synku! Bądź radosny, szczęśliwy, a swoim uśmiechem dziel się z innymi! ?



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *