Jestem Mamą

Moje macierzyństwo jest gorsze niż twoje

Nie bez powodu mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tak jest w większości przypadków i życiowych sytuacji, które każdemu z nas zdarzają się po drodze. Bez względu na wszystko jedno pozostaje niezmienne. Jesteśmy oceniani. Już od najmłodszych lat, tych szkolnych i potem studenckich. Jako uczniowie i studenci. Jako pracownicy, szefowie, współpracownicy, koledzy, koleżanki, przyjaciele. Wreszcie jako rodzice i opiekunowie. Oceniają nas osoby nam bliższe jak i te całkiem obce, które wiedzą o naszym życiu tyle ile im powiemy czy pokażemy. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach wszechobecnych social mediów, gdzie możemy pokazać dosłownie wszystko, a nawet więcej, jeśli jesteśmy pozbawieni ludzkiej przyzwoitości i wstydu. Takie osoby łatwiej poddać ocenie, a wielu ludzi wręcz uważa, że ma do tego pełne prawo. W szczególności osoby będące na świeczniku czy te znane ze słowa pisanego. Może i nie jestem „popularna” ? i nie mam kilku tysięcy wiernych czytelników w przeciwieństwie do niektórych blogerek, ale zakładając bloga liczyłam się z tym, że niektórym może się nie podobać to co tutaj piszę czy pokazuje w social mediach. A zawsze piszę szczerze o tym co myślę i co czuję. Zdaje sobie sprawę, że nie każdy musi się z tym zgadzać – swoją drogą daje to duże pole do ciekawej (o ile nie przeradza się w chamską) dyskusje. Ile ludzi tyle poglądów. Każdy ma prawo do wyrażania swojego zdania i opinii. To jak sobie z taką krytyką radzimy/ę jest już inną sprawą, ale bez wątpienia dla każdego z nas krytyka nie jest przyjemna. Chociaż czasami może postawić do pionu i pokazać coś z zupełnie innej strony, co może wyjść na dobre. Bywa i tak. Niczym odkrywczym jest również fakt, że krytyka najbliższych dotyka najbardziej, a tą od obcej osoby powinniśmy przysłowiowo olać i iść dalej robiąc swoje. Jednak jest taka grupa osób, która zawsze doszukuje się drugie dna, czy to ze sposobu mówienia, pisania czy mimiki twarzy. Możecie się domyślacie, że przedstawicielką tej grupy jestem właśnie ja. Cenie szczerość. Ale krytyką nawet obcych zawsze się przejmowałam, choć myślę, że z wiekiem nieco mi przeszło…Pozostawiam tu wielokropek, bo może Ci, którzy dobrze mnie znają mają inne zdanie w tej kwestii ?

Minione wybory prezydenckie i sytuacja epidemiologiczna to idealne sytuację do wzajemnej krytyki, wylewanie pomyj i obrzucania się błotem. W politykę się nie zagłębiam bo bez względu na to co myślę nic to nie zmieni, więc szkoda mi nerwów i zdrowia, o które muszę dbać nie tylko ze względu na siebie, o czym pisałam tutaj. Z kolei pandemia w każdym z nas wywołała fale niepokoju, zagrożenia i nerwowości, a zlepek tych uczuć przyniósł za sobą falę krytyki. Od polityków (choćbym chciała nie da się jej jednak ominąć ?‍♀️) oraz ich dyskusyjnych decyzji, po służbę zdrowia, pracodawców i rodziców oczywiście. Bo przecież politycy to banda kretynów opływających w luksusy żyjących za nasze, ciężko zarobione pieniądze. Przedstawiciele służby zdrowia to łasi na pieniądze ludzie bez serca, którzy co chwilę strajkują domagając się coraz to wyższych płac, a i tak wszędzie są kolejki, a co niektórzy – brutalnie rzecz ujmując – nie doczekają planowanej na NFZ wizyty, bo wcześniej kopną w kalendarz. Pracodawcy to zwykli wyzyskiwacze, którzy chcą więcej za mniej. Pozbawiają swoich pracowników życia rodzinnego i cennego, wolnego czasu na koszt zawodowych obowiązków pod presją czasu.
Z kolei rodzice to szeroko pojęta grupa, wśród której można wyszczególnić kilka typów rodziców. Począwszy od tych, którzy rodzicami zostali przez przypadek, po tych wyluzowanych nie przejmujących się przegrzaniem, zaziębieniem czy katarkiem, a na tych zbyt troskliwych i opiekuńczych kończywszy. Niezależnie do której grupy należymy na każdym etapie rodzicielskiej drogi jesteśmy poddawani ocenie.

Epidemia i decyzje z nią związane, m.in. te z zamknięciem i ponownym otwarciem przedszkoli czy szkół wywołały i wywołują do dziś gównoburze, które rozprzestrzeniają się z prędkością światła. Koronawirus mocno odcisnął swoje piętno w każdej sferze naszego życia, zmuszając do przeorganizowania dotychczasowego życia i dostosowania do nowych rozporządzeń oraz obostrzeń. Chyba nikomu nie przyszło to z łatwością, zwłaszcza tym pracującym rodzicom, którzy nagle stanęli przed nie lada wyzwaniem oraz dylematem. „Początek” epidemii i wprowadzone obostrzenia wraz z licznymi zakazami spowodowały, że musieliśmy zamknąć się w domach ograniczając swoje wyjścia do pobliskiego sklepu czy na spacer z psem. My rodzice musieliśmy się nieźle nagimnastykować żeby zapewnić dzieciom należytą w tym czasie opiekę, jednocześnie zachowując pracę. Nagle się okazało, że wciąż niepraktykowana w wielu miejscach praca zdalna, jest możliwa podobnie jak kontakt e-mailowy z pobliską przychodnią. I pomyśleć, że przed pandemią dodzwonienie się do państwowej przychodni graniczyło z cudem i wiązało się z wiszeniem na linii od wczesnych godzin rannych, a pracownik pracujący zdalnie jest nie mniej wydajny niż siedząc w biurze i popijając kawę z ekspresu, na której notabene firma „dzięki” ‚koronie’ również zaoszczędziła. No proszę, epidemia może przynieść też pewne pozytywne skutki, pół żartem pół serio 😉
Życie w stresie nikomu nie służy, a ten nieodłącznie nam towarzyszy wraz z odnotowaniem pierwszego zakażenia koronawirusem w Polsce. Wiązał się z rozplanowaniem oraz przeorganizowaniem dotychczasowych obowiązków, a także z zachowaniem w tym trudnym czasie pracy. Nie każdy ma bowiem możliwość pracy zdalnej ani wzięcia opieki na dziecko, co niestety w niektórych przypadkach ze względu na cięcia oraz redukcję etatów wiązało się z ryzykiem utraty stanowiska pracy – zwłaszcza w mniejszych firm.
Osobiście mam możliwość pracy zdalnej i tym samym księciunio był ze mną w domu. Jednak do czasu…Wbrew pozorom praca zdalna to nadal praca wymagająca skupienia i poświęcenia jej 100% uwagi. Wytłumacz to zatem 4-latkowi, który właśnie w tym momencie chcę żebyś zbudowała mu tory, wieżę z klocków, porysowała, pooglądała książeczki, zrobiła kanapki, wymyśliła przekąski i poszła na spacer. Mimo usilnych starań i tłumaczeń nie były to łatwe 3 miesiące – bo Młody siedział ze mną w domu od marca do czerwca – ani dla mnie ani dla Niego. Wiem, że nie robił tego umyślnie, ale ciężko było mi się skupić na pracy kiedy on ciągle czegoś ode mnie chciał. Nawet kiedy w ruch poszły bajki, w końcu się znudziły. Męczyliśmy się oboje i byliśmy sfrustrowani, a ja czułam, że nie daję z siebie tyle ile bym chciała dać jako matka – więcej przeczytacie tutaj. Pomyślisz „czemu nie poszłaś na opiekę?” Ano dlatego, że myślałam, że jakoś przebrniemy przez tą zdalną pracę i skoro mam taką możliwość to po prostu z niej skorzystam, bez uszczerbku na domowym budżecie. Tym bardziej, że w firmie Męża kolorowo nie jest do dziś i różne scenariusze obstawialiśmy. Jednak codzienna praca z dzieckiem w domu pokazała, że nie jest łatwo. Dlatego odetchnęłam z ulgą, że od maja przedszkola ponownie zostały otwarte. Wiem, że wielu rodziców mimo wszystko nie puściło swoich dzieci do placówek, ale zapewne to Ci rodzice, którzy mają możliwość zostać z dzieckiem w domu np. matki będące na urlopie macierzyńskim z młodszym dzieckiem czy wychowawczym, lub te nie pracujące. Są też rodzice, którzy mogą liczyć na pomoc dziadków chętnych do zajmowania się dziećmi i dysponujących wolnym czasem albo Ci, których stać na opiekunkę. Jednak z drugiej strony są rodzice, którzy z niecierpliwością czekali na ponowne otwarcie placówek, w tym ja, czego wcale nie boję się powiedzieć. Znam wielu rodziców, którzy myślą podobnie. Koronawirus zostanie już z nami na dobre, co do tego chyba już nikt nie ma wątpliwości. Nie rozpuści się jak kamfora w powietrzu, więc musimy się nauczyć z nim żyć. Po prostu. Co więcej, na 90% jestem pewna, że nasza trójka przechodziła tego wirusa już w grudniu, kiedy to syn miał wysoką gorączkę, kaszel i katar, którymi zaraził nas. Gorączkę miewamy raz na ruski rok, a wtedy oboje z mężem mieliśmy wysoką temperaturę i kaszel jak nigdy wcześniej. Podejrzewam, że wielu z was już go przechodziła, niektórzy nawet o tym nie wiedząc – kiedy jeszcze nie było tak głośno o koronawirusie. Dlatego też mimo obaw (owszem, miałam je) postanowiliśmy od czerwca puścić syna do przedszkola. Minęły 2 miesiące i nic złego się nie dzieję. My możemy w spokoju pracować, a dziecko spotykać się z kolegami i koleżankami w przedszkolu, w którym ma więcej rozrywek niż w domu z dwójką pracujących rodziców. Teraz jest sezon wakacyjny, do placówek nie chodzi dużo dzieci i są dyżury wakacyjne, ktoś mógłby powiedzieć „w wakacje? W czasie epidemii? Do przedszkola? Serio? Przecież zawsze to można jakoś zorganizować” Ano serio. Wyobraź sobie rodzicu, że nie każdy może sobie wziąć 2 miesiące urlopu, żeby wakacjować z dzieckiem. Za to wspólny, rodzinny czas odbijamy sobie po południu i w weekendy, wtedy nie mamy wyrzutów, że nie poświęcamy księciuniowi naszej 100% uwagi. Wówczas jest tylko nasza trójka. Wyobraź sobie, że nie każdy może TO SOBIE JAKOŚ ZORGANIZOWAĆ. Ciekawe Drogi Rodzicu co zrobisz od września? Nie poślesz dziecka do przedszkola i szkoły? Nauka zdalna nie będzie trwała wiecznie, a placówki nie będą ciągle zamknięte. Codzienność wróci, ale inna, do której będziemy musieli się dostosować. Nie każdy może się zamknąć w domu czekając, aż epidemia szczęśliwie opuści naszą planetę i wystrzeli w kosmos, a ostatni „ozdrowieniec” zostanie zanotowany. Jeśli chcesz i lubisz być izolowany w nieskończoność proszę bardzo. Powodzenia 😉 Powiedz mi taki rodzicu, czy w wiosenno-letnie dni, kiedy obostrzenia nieco zelżały, a place zabaw zostały otwarte, nadal siedziałaś/eś w domu z dziećmi? Nie poszedłeś na ulubiony plac zabaw i lody, o które tak prosi dziecko? A nie, przecież Ty hasałeś po polach, łąkach i lasach odganiając się od robactwa, byle z dala od społeczeństwa żywiąc się trawami i popijając deszczówkę. Powiedz mi taki rodzicu, czy w obecnej sytuacji, przecież nadal epidemiologicznej, siedzisz na tyłku w domu i spędzasz czas tylko w gronie partnera i dzieci? Z nikim się nie spotykasz i nigdzie nie wychodzisz? Omijając szerokim łukiem wszelkie skupiska ludzi i potencjalne siedliska bakterii, wirusów i zakażeń? Serio? Nie wierzę Ci.


Każdy z nas miał dość izolacji. I każdy, bez wyjątku potrzebował wreszcie wyjść. Człowiek jest istotą stadną i potrzebuję kontaktu z innymi. Tym bardziej dzieci. Wychodzę z założenia, że zachowując zdrowy rozsądek i stosując wszelkie możliwe środki ostrożności, należy wrócić do rzeczywistości, innej, ale jednak. I należy się do niej przyzwyczaić, bo ta sprzed pandemii już nie wróci. Nie dajmy się zwariować.
Zostałam oceniona. Na wyrost, nie znając dokładnie mojej sytuacji i bezpodstawnie zarzucając mi (między wierszami) jaką to złą matką jestem bo posyłam dziecko do przedszkola, w wakacje…w czasie pandemi… Już wiesz dlaczego tak postąpiłam?
Moje macierzyństwo nie jest gorsze niż twoje. Nie jestem złą matką. Nikt nie może mi tego zarzucić. Jestem najlepszą matką dla mojego syna jaką mógł mieć. Ja to wiem. Bliskie mi osoby myślę, że też to wiedzą i widzą i mam nadzieję, że Ty też zobaczyłaś/eś.



8 thoughts on “Moje macierzyństwo jest gorsze niż twoje

  1. Po takich wpisach jak ten mam jedynie nadzieję, że ktoś wreszcie doceni pracę nauczycieli i opiekunów w przedszkolu. Bo to, co Tobie trudno było zrobić, oni właśnie robią. Fakt, że nie skaczą pomiędzy pracą zawodową a dzieckiem, ale jedynie przez kilka godzin dziennie opiekują się nie jednym, ale grupą dzieci.

  2. Przyznam szczerze, że czekałam na otwarcie przedszkola, by mój syn mógł do niego iść. Nawet pracując z domu, praca z dzieckiem na plecach nie jest łatwa. Poza tym zarówno mój syn, jak i ja potrzebowaliśmy chwili wytchnienia, on z kolegami z przedszkola, ja z własnymi myślami nad kolejnym tekstem dla klienta. I wcale nie czuję się gorszą matką, że puściłam dziecko do przedszkola. Z koronawirusem musimy nauczyć się żyć, bo łatwiej nie będzie

  3. Strasznie wkurza mnie beztroska niektórych w trakcie pandemii, ale wychodzę z założenia, że na chwilę obecną – dla własnego zdrowia psychicznego – trzeba jednak wychodzić z domu, spotykać się z innymi ludźmi i w miarę możliwości starać się żyć normalnie. Nie ma nic gorszego niż siedzenie na siłę w domu i bycie sfrustrowanym człowiekiem – wystarczy tylko zachować zdrowy rozsądek i nie przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę. Przybijam więc piątkę!

  4. Staram się do tej sytuacji podchodzić nie nerwowo, ograniczamy kontakty towarzyskie, ale nie do zera. Wychodzę z założenia, że na otaczającą nas rzeczywistość nie zawsze mamy wpływ i staramy się urządzić nasz świat jak najwygodniej wykorzystując to co mamy. Z koniem się kopać nie będę.

  5. Skłonność do oceniania innych to pierwszy przymiot, który każdy u siebie powinien wziąć na warsztat… Na szczęście to, co mówią o nas inni świadczy tylko o nich, nie o nas. Pozdrawiam ciepło i życzę dużo spokoju 🙂

  6. Najgorsze, że każdy ma swoją perspektywę i uznaje ją za jedyną słuszną. Przez to popadamy w 2 różne skrajności. Spotykać się ile wlezie i nadal uciekać od wszystkich i pryskać na nich żelem antybakteryjnym. W ten sposób nie wrócimy do normalności w „normalny” sposób.

  7. My do przedszkola i „stadnej” edukacji jakoś szczególnie nie tęsknimy. Coraz częściej zastanawiamy się nad edukacją domową – ale niech każdy po prostu żyje swoim życiem i wychowuje dziecko tak,jak uzna za słuszne 😉 Wszelkie gównoburze są zupełnie bez sensu – bo ilu ludzi,tyle różnych punktów widzenia.

Pozostaw odpowiedź Aleksandra Załęska Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *