Jestem Kobietą

Zastaw się, a postaw się.

Wczoraj upiekłam bułki. Pierwszy raz w życiu. Zazwyczaj wybieram tylko te przepisy, w których zapewniają, że „jest to najprostszy przepis na świecie, który zawsze się udaję!”. Z reguły tak naprawdę z moich rąk niewiele ambitnych wypieków wychodzi. Żeby nie było, że jestem kulinarnym antytalenciem, owszem mam kilka sprawdzonych przepisów, które naprawdę zawsze mi wychodzą i wszystkim smakują. Po wczorajszym doświadczeniu faktycznie na nich powinnam się skupić zamiast szukać wrażeń i „inspiracji” gdzie indziej. Ale zmotywowana i zachęcona przez zalewającą sieć ilością „łatwych” przepisów na pyszne, domowe bułeczki, które wraz z początkiem epidemii (obok chleba) wszyscy bez względu na wiek, zawód, płeć i orientację zaczęli piec, postanowiłam upiec i ja! Pomyślałam, że skoro inni amatorzy pieką i im się udaję, to why not?! Po przewertowaniu kilkunastu różnych przepisów i naoglądaniu się instagramowych i fejsbukowych zdjęć udanych wypieków znajomych i nieznajomych, trafiłam na ten, który naprawdę wydawał się banalny! Ot, wysypać na stolnicę, zagnieść i włożyć do piekarnika, żeby potem cieszyć się smakiem domowego, świeżego i chrupiącego pieczywka rozpływającego się w ustach. Oczywiście lepszego niż kupne 😉 Dziś wiem, że to frazes, a niektórzy, w tym ja, powinni jednak dziękować za piekarnie. Tym bardziej, jeśli jest sprawdzona, a tamtejsze wypieki są naprawdę dobre.
Oczami wyobraźni już widziałam jak z nonszalancją i dumą podaję mężowi do śniadania domowe bułeczki, którymi się zajada, a ja klaszcząc w dłonie cieszę się jak dziecko. Zamiast tego po wyciągnięciu bułeczek z piekarnika i spróbowaniu, leciałam czym prędzej do piekarni z nadzieją, że będzie jeszcze chleb. Ufff na szczęście był, więc czułam się uratowana i spokojna o własny byt. Choć tak naprawdę już w trakcie wyrabiania ciasta coś mi się nie podobało i już wówczas powinnam porzucić ten pomysł, ale tląca się we mnie nadzieja podpowiadała żeby jednak dać temu szansę. Na próżno jak się okazało. I tylko tych drożdży szkoda, które dzisiaj są na wagę złota. Nawet nie tej mąki, szczypty soli i cukru.. Powinnam też posłuchać małżonka, który z powątpiewaniem rzucił okiem na piekarnik „Mogłaś już muffinki zrobić, te zawsze Ci wychodzą.” Już nawet on przewidział klęskę na całej linii! (ale po chleb w podskokach nie poszedł, niewdzięcznik!) Nie wspominając o tym, że w ogóle we mnie nie wierzył! Choć do całej pracy zabrałam się cichaczem, niczym się nie chwaląc, jakbym już na starcie przewidziała, że nic z tego nie będzie, a więc nie powinnam się czepiać. Tak naprawdę Pan M zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i wie, że wszelkie kulinarne niepowodzenia wywołują u mnie spazmy, niepohamowaną złość, a w konsekwencji obrywa się jemu, więc nic dziwnego, że się chłopina wystraszył.

Historia z bułeczkami miała być jedynie wstępem do innych przemyśleń, a jak się okazało wyszła z tego całkiem niezła (żeby nie rzec skromnie – śmieszna) opowieść. Ale przemyśleniami i tak się z wami podzielę, bo powyższej historii wcale by nie było gdyby nie one.

Epidemia zamknęła nas w domach. W domach z betonu i drewna. W 4 ścianach, lub w tych trochę większych z ogródkami i własnym podwórkiem, których dzisiaj zazdroszczą im wszyscy Ci z balkonami 2x2m. Niełatwa sytuacja trwająca już kilka tygodni każdemu odbija się czkawką. Jako matka dziecka, jednego ale zawsze, śmiem twierdzić, że Ci bezdzietni mają zdecydowanie lepiej. Mogą skupić się na sobie i poświęcić ten „wolny” czas na co tylko chcą i kiedy chcą. Mogą spać lub nie, kłaść się do łóżka o której chcą i wstawać w południe. Nie muszą się dodatkowo martwić o wymyślanie zajęć dla dziecka, które snuję się po domu ciągle z tą samą śpiewką „nudzi mi się, wymyśl mi coś, głodny jestem, siku!, kiedy skończysz pracę? pobaw się ze mną, co ja mam robić, chcę do przedszkola, chcę na plac zabaw, no kiedy skończysz? chodź zobacz, no chodź teraz!” Jaka „szkoda”, że epidemia nie miała miejsca kilka lat temu, kiedy byłam „tylko” narzeczoną. Mogłabym wtedy od rana do wieczora czytać książki i pisać w spokoju. Wykorzystałabym ten czas bez marudzenia, że nie mogę iść na siłownię czy pobiegać, albo do kina czy połazić po sklepach. Teraz nie do końca jest to możliwe.
Kocham swoje dziecko. Jest spełnieniem moich największych pragnień. Wybrałam życie, które zawsze chciałam mieć. Mąż, rodzina, dziecko, własne M, przyjaciele, praca, pasja. Mam naprawdę dużo i cieszy mnie to. Chociaż czasami chciałabym sama uciec na koniec świata, ale kto z nas tak nie ma, niech odważy się podnieść rękę? Bywają chwilę kiedy patrząc na innych chciałabym więcej i chociaż wiem, że wszystko zależy ode mnie, dobra karta nie zawsze sprzyja. Jestem realistką. Ale i marzycielką, co nie raz, nie dwa wzajemnie się wyklucza. Jednak idę do przodu starając się robić to co wychodzi mi najlepiej i co sprawia mi radość oraz satysfakcję. Bez względu na okoliczności i warunki. Te ostatnie nie zawsze sprzyjają, tak jak teraz.
Ludzie narzekają, że nie mogą wyjść na spacer, podczas gdy wiosna zagościła na dobre. Mimo to, niektórzy nie przestrzegają panujących obostrzeń i całymi rodzinami, z wózkami i rowerkami wychodzą na dwór.
Zamknięte galerie handlowe wyzwalają w niektórych zwierzęce instynkty, bo olaboga! nie będą mogli kupić kolejnej pary butów lub nowej bluzki!
Ludzie klną na czym świat stoi, że nie pojadą na majówkę, a niech to szlag! Nie będą mogli poszwendać się po drogich knajpach i pomoczyć w jacuzzi.
Wzbiera w nich złość i rozczarowanie na myśl o odwołanych lotach i tych wycieczkach, które mieli odbyć w najdalsze zakątki świata.
Kobiety płaczą nad odrostami na głowie i na paznokciach. Nad kolejną odklejoną, sztuczną rzęsą i wyblakłą henną.
Z nudów zaczynają eksperymentować w kuchni, czego nigdy wcześniej nie robili, a później chwalą się efektami w mediach społecznościowych.
Biorą udział w licznych czelendżach i uczą się nowych rzeczy, na które wcześniej nie mieli czasu.
Codziennie wymyślają kreatywne zabawy dla swoich dzieci i nowe zajęcia.

Wierzę, że wyjdziemy jeszcze na spacery i zakosztujemy zarówno pięknej wiosny, jak i lata, jeśli tylko teraz będziemy trzymać się rządowych rozporządzeń.
Jeszcze na pewno zdążymy zrobić zakupy i spotkać się ze znajomymi w pubie.
Wierzę, że jeszcze wiele Majówek i wyjazdów przed nami, które spędzimy tak jak sobie wymarzyliśmy.
Wiele zabiegów kosmetycznych można wykonać samemu w domu i obejść się przez jakiś czas bez fryzjera czy kosmetyczki. Nasza cera, włosy czy paznokcie na pewno nam za to podziękują. Spójrzmy na to z tej perspektywy…
Nie musimy nagle bawić się w Masterchefa, bo jak widać, nie każdemu sprawia to radość i satysfakcję, a jedynie przysparza nerwów i rozczarowania. Te cholerne, nieudane bułki tylko przez chwilę spędzały mi sen z powiek, a potem doszłam do wniosku, że heloł! wcale nie muszę być jak wszyscy i czuć się źle „bo nic nie piekę”. Robię dużo innych rzeczy, które wydają mi się ważniejsze niż świeże bułki, które są równie pyszne z pobliskiej piekarni. Skupię się na tym co wychodzi mi dobrze, bez wyrzutów sumienia, że nie spróbowałam czegoś nowego/innego.
Jestem rodzicem, który stara się poświęcić jak najwięcej czasu w tych trudnych chwilach dla dziecka, ale tak się składa, że pracuję zdalnie, a mąż normalnie chodzi do pracy i wcale nie mamy tyle czasu, żeby codziennie wymyślać nowe zajęcia dla naszego syna. Jest to dla naszej trójki nie lada wyzwanie, o którym możecie przeczytać tutaj.
Nie musimy powielać znanych schematów i robić rzeczy niezgodnych z naszą naturą i uosobieniem. Nikt nie będzie nas rozliczał z tego, co pożytecznego zrobiliśmy w czasie obowiązkowej kwarantanny.

Zamiast narzekać i szukać negatywów w czasach epidemii rozejrzymy się wokół, bądźmy altruistami. Na każdym z nas, na niektórych bardziej, na innych mniej skutki epidemii odcisną duże piętno na domowych budżetach, pracy czy sytuacji rodzinnej. Bądźmy odpowiedzialni, bo wierzę, że za kilka tygodni będzie lepiej, coraz lepiej.




8 thoughts on “Zastaw się, a postaw się.

  1. Kwarantanna nie jest dla ludzi stanem normalnym, zastanym, rutynowym. Coś tę rutynę dnia codziennego zaburzyło i dlatego wielu reaguje frustracją. Uważam, że nasze przeżycia powiedzą nam wiele o społeczeństwie i to jest w tym wszystkim niesamowicie ciekawe.

  2. Jakie szczęście, że umiem gotować! ? A tak na serio, to ta cała pandemią to naprawdę dla nas trudny czas. Ja trochę obawiam się o moja zawodową przyszłość, bo miejsce mojej pracy jest w tym momencie zamknięte. Siedzimy kolejny tydzień w mieszkaniu (mieszkamy w bloku). Mamy dwójkę małych dzieci, którym trudno jest wytłumaczyć, że nie możemy wyjść na dwór i się pobawić. Wymyślamy różne zajęcia, ale nierzadko pojawia się stres, takie trochę poczucie beznadziei, ponieważ sama czuję, że w tym domu się duszę. Dobrze że mamy balkon, ale okropnie brakuje mi spacerów. Nie wychodzę, chyba że po naprawdę ważne produkty spożywcze. Mnie w tym czasie naszła taka refleksja, że do tej pory chyba nie byłam taka uważna na życie, na to co nas otacza. Nie muszę się spinać ze sprzątaniem, przecież teraz i tak nikt nas nie odwiedzi. Podobnie ze świętami. Szykuję dla naszej czwórki, nie będę szaleć z potrawami, tak jak co roku. Cieszę się, że będziemy razem, że jesteśmy zdrowi.

  3. Wiem, że dla wielu ludzi obecna sytuacja jest wyzwaniem… Ja akurat teraz się w tym odnajduję, bo w zeszłym roku byłam „uwięziona” w domu najpierw przez 3 miesiące, potem przez 1,5 (kontuzja kolana), ale pamiętam, że początki były mega trudne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *