Jestem Kobietą, Jestem Mamą

Kwestia perspektywy



Niewygodne łóżko zaczynało doskwierać już coraz bardziej. Zmiana pozycji wcale nie pomagała, bo miałam już serdecznie dość tego skrzypiącego szpitalnego łoża z opcją regulowania wysokości, które przy niemal każdej próbie z wielkim hukiem opadało na dół. Dopiero w drugiej dobie zaczęliśmy współpracować. Odkąd tylko przekroczyłam próg czerwonego namiotu przed Izbą Przyjęć stawiając się na umówiony pobyt w szpitalu, nie marzyłam o niczym innym, jak o tym, żeby te dni minęły jak najprędzej i żebym mogła wrócić do domu. Nie pomagał zacinający deszcz padający od samego rana, jakby solidaryzował się z moim nastrojem i niechęcią do tego miejsca. Ale kto lubi szpitale?
Do czasu porodu łudziłam się, że w jego murach będę tylko z tego powodu, tymczasem minęły 4 lata, a to mój czwarty pobyt w szpitalu. Wiem, że dla niektórych to pikuś, ale dla mnie, osoby jeszcze 4 lata temu chorującej jedynie na niedoczynność tarczycy, z którą zmaga się większość kobiet na tym padole, to dużo. Każdy pobyt uświadamia mi, że wszystko się może zdarzyć -patetycznie rzecz ujmując. Śląskie szpitale już nie mają dla mnie tajemnic, a wypowiedzi jakie słyszałam na ich temat, opieki czy choćby jedzenia, mogłam szybko zweryfikować opierając się na własnym doświadczeniu. Są takie rzeczy, które mogłabym jeść codziennie, na śniadanie i kolację, ale po pobycie w tym szpitalu mam serdecznie dość białego sera, który na 3 dni pobytu jadłam 4 razy! (prześladuje mnie ta liczba), tylko w innych konfiguracjach – sam ser, ser z ogórkiem, ser z rzodkiewką, ser z pomidorem i znowu sam ser. A jak w końcu na śniadanie podali 2 plasterki szynki, którą dla odmiany ze smakiem bym zjadła, to musiałam być na czczo. Szlag! Wizja oddalającej się szynki nieco mnie zasmuciła, ale miałam nadzieję, że zrekompensuję sobie to kolacją. Z wielką nadzieją na nią czekałam, tymczasem podano…ser. Po którejś kolacji podawanej o 16… pielęgniarka zabierając mój talerz z nieruszoną maziają wymieszaną z ogórkiem skomentowała wręcz z oburzeniem „A czemu nie zjadła?”. Na końcu języka miałam złośliwy komentarz „A ileż można jeść biały ser?” Nie powiedziałam tego tylko dlatego, że pielęgniarka wyszła szybko z sali, a po drugie obawiałam się, że na drugi dzień nie podadzą mi chociaż skibki suchego chleba. Jedno jest pewne – gdyby teraz zrobili mi badania na poziom białka w organizmie, te wyszłyby rewelacyjnie. Mogliby się pokusić choćby o jajco, połówkę chociaż! Jak już się tak uparli na ten nabiał. Ale nie. Pewnie nie było ich w promocji, w przeciwieństwie do młodych ziemniaczków podanych wczoraj na obiad, co z chichotem spod szpitalnej maseczki skomentowała (akurat miła) pielęgniarka. Sklepik? Kiosk? Owszem. Ale w czasach pandemii jego półki świecą pustkami, a ceny zbijają z nóg, więc wolę przegłodować. Może wyjdzie mi to na dobre? Chociaż żeby zrzucić zbędne kilogramy, z którymi zmagam się odkąd sięgam pamięcią musiałabym tutaj koczować z miesiąc, czego absolutnie bym nie chciała. Boże broń! Już wolę swoje słodkie życie z lekką (tak, z lekką, chociaż zdaniem niektórych wyimaginowaną :P) nadwagą i kolejne, nieudane próby schudnięcia 😉 Z powodu koronawirusa nie ma też możliwości odwiedzin, więc żadnej zachcianki nikt mi nie spełni i nie dostarczy. Jedynym wyjątkiem dosyć smacznych, obfitych i różnorodnych posiłków były te podawane po porodzie. Szkoda tylko, że nie miałam tak dużo czasu jak teraz, żeby móc się nimi w spokoju delektować, bo wówczas Mój Pierworodny darł japę na cały oddział i zjedzenie ciepłego posiłku graniczyło z cudem. Hurtowo „ustawiałam” kolejne posiłki na stoliku, jedząc na kolację zaległe śniadanie, obiad, podwieczorek i świeżą kolację.
Pewnych rzeczy się jednak nie przeskoczy. Może kiedyś służba zdrowia będzie na tyle bogata (buahaha) żeby zapewnić swoim pacjentom różnorodne posiłki, z których mogliby czerpać prawdziwą przyjemność w tych trudnych i nie należących do najprzyjemniejszych dni spędzonych w szpitalu.
Siedzę na łóżku czytając plotkarski magazyn na zabicie nudy. Z otwartego w sali okna dobiegają różne odgłosy i rozmowy. Nagle słyszę śmiech i szczerą radość. Ciekawa co ją wywołało, wstaję i podchodzę do okna, z którego mam widok na czerwony namiot i Izbę Przyjęć. Obok przy ławce stoi młody mężczyzna z wózkiem i małą, blondyneczką u boku mającą może 4-5 lat. Kiedy na nią patrzę, podchodzi i obejmuję ją młoda kobieta, bierze w ramiona i ściska tak mocno, że Mała śmieję się i wije pod jej szczerym, pełnym miłości uścisku.
– Cześć kochanie! Moje słoneczko! – mówi rozczulona mama, która najwyraźniej wyszła ze szpitala po kilku dniach pobytu ( w tym momencie zastanawiam się dlaczego ona dostała wypis po południu, a mnie powiedziano, że dostanę go na drugi dzień w południe – bo tak zazwyczaj są wydawane – które zapewne się przedłuży…) i może tulić swoją małą córeczkę, za którą zapewne strasznie tęskniła. Przyglądając się temu zdarzeniu jeszcze bardziej uświadamiam sobie fakt dlaczego tu jestem i co tutaj robię…
Parę lat temu nie myślałam tyle o swoim zdrowiu co teraz. Owszem, badałam się regularnie i chodziłam na konieczne wizyty, które każdy powinien odbyć. Nie migałam się. Ale odkąd zostałam mamą uświadomiłam sobie z jeszcze większą mocą jak ważna jest profilaktyka i dbanie o siebie. Jak ważne są regularne kontrole i diagnostyka. Pomimo wszelkich niedogodności i nieprzyjemności jakie niosą za sobą różne badania. Pomimo bujania się po różnych specjalistach szukających przyczyny mojego złego samopoczucia. Pomimo nie raz wydanych sporych sum na prywatne wizyty, bo czekając na te w publicznych placówkach, można ich nie dożyć. Pomimo pilnego skierowania – „Proszę Pani tutaj każdy ma skierowanie na CITO, najbliższy termin za 3 msc, zapisać?” – zgadzam się, bo co mam zrobić?, a w myślach już szukam specjalisty prywatnie. Pomimo regularnego przyjmowania leków. Zawsze śmiałam się z tych „cukiereczków”, które brała moja babcia, a teraz sama muszę je brać, chociaż do wieku babci jeszcze sporo mi brakuję…Robię to wszystko, znoszę i walczę o swoje zdrowie, bo chcę być mamą jak najdłużej. Zdrową mamą. Mamą, żoną, córką, siostrą i przyjaciółką. Robię to bo chcę jak najdłużej tulić mojego synka w ramionach, spać u boku kochającego męża, cieszyć się obecnością rodziny i plotkować z przyjaciółkami, których obecność na każdym etapie naszego życia jest tak istotna.
System opieki zdrowotnej w naszym kraju pozostawia wiele do życzenia. Ale nie może nas to zniechęcić do dbania o siebie i lekceważenia choćby najdrobniejszych objawów. Z reguły od tych najdrobniejszych się zaczyna. Machamy na nie ręką, pchając ten życiowy wózek do przodu, który potem z impetem rozjeżdża nas na kawałki często stawiając diagnozę, która zwala nas z nóg i na wszelkie działania jest już zwyczajnie za późno.
Nie lubię bujać się po specjalistach. Nie lubię szpitali. Ale jestem w stanie to wszystko znosić, żeby tylko cieszyć się tymi pozytywnymi stronami życia, które każdy z nas posiada.
A już za chwilę wezmę swojego synka w ramiona i będę się cieszyć każdą chwilą z najbliższymi mi osobami. Bo przecież to jest w życiu najważniejsze.



15 thoughts on “Kwestia perspektywy

  1. Ja też odkąd zostałam mamą szczególnie zwracam uwagę na swoje zdrowie. Nie odkładam niczego na później. Bo może być za późno i coś z pozoru błahego może mieć tragiczne konsekwencje ;( Szybkiego powrotu do domu!

  2. O tak, matki zazwyczaj stają się bardziej ryzykownymi kobietami, niż były wcześniej. Mam podobnie. Nie wsiądę na motor, biorę leki, dbam, na ile mogę właśnie o siebie.
    Kobiety mają wiele ról. Teoretycznie skutecznym jest się przy 7. Jednak niektóre z nas mają ich 20, co jest bardzo obciążające. Wówczas tym bardziej należy o siebie dbac. ??

  3. Dużo zdrowia! Ale tak to już jest,że zaczynamy doceniać, jak zmienimy perspektywę. Służba zdrowia? Ja ich kocham, ale trochę inaczej, bardziej środkowym palcem. Zabieg pilny? Zrobimy go w 2022, to są kuźwa jakieś jaja…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *