Jestem Kobietą

Czasami dobrym ludziom…zdarzają się złe rzeczy

Mam 33 lata. Za sobą bagaż różnych doświadczeń. W obliczu aktualnych trosk i zmartwień, beztroski okres dzieciństwa i lat młodzieńczych wspominam z rozrzewnieniem. Tęsknie za tamtymi czasami i „problemami”, które wówczas spędzały mi sen z powiek. Dziś na ich myśl lekko się uśmiecham. Te kilka lat temu, nie przejmowałam się rachunkami, nie byłam za nikogo odpowiedzialna, nie martwiłam się zbytnio swoim zdrowiem „bo przecież jestem młoda”. Jedynym moim obowiązkiem było posprzątanie pokoju, nauka i szkoła. Reszta to rozrywka i zabawa, która wypełniała mi wolne chwile. Wraz z wkroczeniem w dorosłość wszystko się zmieniło. Na studia wyprowadziłam się do innego miasta. Z grupą przyjaciół wynajmowaliśmy mieszkanie, na które musiałam sama sobie zapracować. Na wszystko o czym marzyłam i czego chciałam zapracowałam sobie sama. Nie raz kosztem fajnej, studenckiej imprezy czy weekendowego wyjazdu. Miałam wsparcie rodziny, ale uznałam, że skoro jestem dorosła i podjęłam decyzję o studiach i przeprowadzce, sama się utrzymam. Udało mi się to. Studia licencjackie ukończyłam w jednym mieście, a magisterkę zrobiłam prawie 400 km od domu. Jak się później okazało również licząc tylko na siebie, chociaż życzliwych osób wokół nie brakowało i bardzo im za to dziękuję. Tylko ja wiem ile zdrowia mnie to kosztowało. Również, tego psychicznego, a może przede wszystkim. Ale jeszcze nigdy nie byłam z siebie tak dumna jak wtedy. Wiem, że wiele osób w mojej ówczesnej sytuacji by się załamało. Myślałam, że ze mną też tak będzie. Do dziś nie wiem skąd znalazłam w sobie siłę, żeby przez to przebrnąć. Mimo bolesnych perturbacji po drodze i ochoty rzucenia wszystkiego w cholerę, spięłam poślady i uzyskałam dyplom magistra. Wróciłam do domu nie jako przegrana, ale mimo mocno nadwyrężonej wiary w siebie, paradoksalnie silniejsza i gotowa do dalszego działania i dążenia do tego, co sobie wyznaczyłam.
Chciałam założyć rodzinę. Żadna kariera czy dalekie podróże nie zastąpią rodziny. Nic nie napawa mnie takim smutkiem jak samotna starość. Na tej płaszczyźnie również odniosłam sukces. Jestem szczęśliwą żoną i matką. Mam pracę, która mnie satysfakcjonuję, ale jest wątkiem pobocznym. Zresztą w tej kwestii jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa 😉 Wraz z nowymi rolami przyszła nowa odpowiedzialność i obowiązki. Praca, ślub, zakup mieszkania, pojawienie się dziecka. Nagle wszystko wywróciło się do góry nogami i zaczęła się jazda bez trzymanki. Musieliśmy się odnaleźć w nowej dla nas rzeczywistości i wziąć odpowiedzialność za tego małego człowieka, dla którego staliśmy się najważniejsi na świecie. Długi i ciężki poród, bolesne początki karmienia piersią, kolki, ząbkowanie, pierwsze kroki, słowa, adaptacja w przedszkolu, gorączki, alergie, lekarze, bunty, płacze, histerie. Ale przetrwaliśmy. Brzmi jak bajka i żyli długo i szczęśliwe, czyż nie? To byłoby zbyt proste…
Uważam, że jestem dobrym człowiekiem. Nie bez wad. Bywam złośliwa, nerwowa, wredna, wybuchowa, opryskliwa i bezczelna. Ale nigdy nikogo nie skrzywdziłam świadomie. Nie zadałam bólu. W przeciwieństwie do innych, przez których wylałam morze łez. Bo taka jestem. Każdą złą sytuację muszę przepłakać, przeboleć i przetrawić. Muszę się wyżalić. Staram się nie robić z siebie ofiary, chociaż na początku tak to właśnie wygląda. Bo wszystko co złe przetrwałam, a każde nowe doświadczenia, również te złe, nauczyły mnie czegoś nowego. Potrafię się przyznać do błędu i przeprosić. Otrzeć łzy, otrzepać i iść dalej. Bo przecież mam dla kogo być silna i mam dla kogo żyć. Codziennie szukam w sobie pokładów tej siły, w tych mniejszych i większych sprawach. Chociaż mam wrażenie, że ostatnio muszę się do niej głęboko dokopać żeby zobaczyć światełko w tunelu. Teraz znowu znalazłam się w sytuacji podbramkowej. Pojawiło się rozżalenie, złość, płacz i ból. I znowu to wyświechtane pytanie „Dlaczego ja? Dlaczego dobrych ludzi spotykają złe rzeczy? Kolejna przypadłość, kolejne kontrole, badania, specjaliści? Why, why?!” Kojarzysz tą sytuację, kiedy robisz wszystko żeby coś osiągnąć, jesteś już blisko, widzisz metę, tę magiczną wstęgę zwycięstwa, w głowie słyszysz oklaski publiczności, a wtedy bach (choć ciśnie mi się na usta znacznie gorsze słowo 😉 ) dostajesz obuchem w głowę, zatrzymujesz się tuż przed metą, a wszyscy cię wyprzedzają. Widzisz ich zwycięstwo, zazdrościsz im, bo też byś tak chciała. Wydaję ci się, że im tak łatwo poszło, bo przecież nikt nie będzie mówił jak ciężko pracuję na swoje zwycięstwo. Nie przyznaję się do upadków i porażek, które napotkał na swojej drodze. Nie mówi głośno o swoich problemach, z którymi zapewne się mierzy. Bo czy istnieje życie idealne? Nie wierzę. Tymczasem ty czujesz gorycz porażki i złość. Najbliższe dni będą dla mnie pełne niepokoju i obaw. Szczegóły zostawiam dla siebie, ale uwierzcie mi, ciężko zebrać myśli, ciężko je czymś zająć i chciałabym przespać te dni w oczekiwaniu na wiadomość, która albo sprawi, że odetchnę z ulgą i będę spokojnie wdrażać w życie swój plan, albo…mam nadzieję, że tego drugiego ‚albo’ nie będzie….
Z natury jestem pesymistką. Zazwyczaj widzę szklankę do połowy pustą. Obieram najgorszy scenariusz i teraz też go założyłam, żeby potem móc odetchnąć z ulgą, że to jednak nie to. Bo gdzieś jednak liczę, że tak właśnie będzie…wiele działa na moją korzyść, ale jednak… W sytuacji w jakiej się znalazłam, muszę mieć stuprocentową pewność i jasność tej patowej sytuacji.
Jestem młoda. Mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną. I teraz są dni kiedy mocno będę się tego trzymać. W końcu robię wszystko żeby było dobrze.

Trzymajcie kciuki!

4 thoughts on “Czasami dobrym ludziom…zdarzają się złe rzeczy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *