Jestem Kobietą, Jestem Mamą

Debiutanci, czyli o nowym etapie w naszym życiu

Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, ale czas tak nieubłaganie pędził, że nie skupiałam się na tym, do czego kiedyś dojdzie. I bez tego miałam na głowie mnóstwo spraw, a codzienne obowiązki i małe przyjemności przysłaniały mi TEN dzień. W końcu jednak za sprawą przypadku i nadarzającej się okazji otrzymałam propozycję podjęcia nowej pracy. Szczerze? Nie wahałam się długo. Doszłam do wniosku, że takich okazji po prostu się nie marnuje. Jak w piłce. Niewykorzystane sytuacje się mszczą, a to ostatnie czego bym sobie życzyła. Rozmowa z mężem i machina ruszyła. CV, telefon i rozmowa rekrutacyjna. Moja pierwsza od 5 lat…pierwsza po urlopie macierzyńskim. Udało się. Naprawdę się ucieszyłam. Mogłam z pełną świadomością powiedzieć, że wracam do gry i na rynek pracy. Ponad 2 lata ‘siedzenia’ w domu z paniczem mocno dały mi w kość, więc z przejęciem i ekscytacją czekałam na pierwszy dzień w nowej pracy. Nie żałuje ani jednego dnia, który poświęciłam dla syna. Każdą chwilę spędzaliśmy razem wykorzystując czas najlepiej jak to tylko możliwe. Miałam świadomość, że ten czas już się nie powtórzy i wraz z rozpoczęciem pracy pewien etap się skończy na dobre. Ale nie czułam i nie czuję z tego powodu żalu. Dokonałam świadomego wyboru wierząc, że zaczynamy kolejny, fantastyczny etap. Uznałam, że jestem i tak w komfortowej sytuacji, bo nie musiałam iść do pracy zaraz po urlopie macierzyńskim zostawiając dziecko w żłobku. Mimo, że nie mam doświadczenia z tą instytucją, nie chciałam posyłać tam kilkumiesięcznego dziecia. Jestem również daleka od oceniania rodziców decydujących się na żłobek. Ja wiedziałam, że najbliższym miejscem, do którego zapisze panicza będzie dopiero/aż przedszkole. Z uwagi na fakt, że propozycja pracy przyszła już po zakończeniu rekrutacji do publicznych przedszkoli, zaczęłam wertować internet i rozsyłać wici na temat prywatnych placówek. A co! Kto bogatemu zabroni 😉 Dodatkowo Bartolini dopiero/już?! w połowie października skończy 2,5 roku, więc siłą rzeczy, jest jeszcze za mały na publiczne przedszkole, które przyjmuje dzieci od 3 roku życia. Nie mieliśmy zatem wyjścia, bo nie należymy do tej grupy farciarzy, którzy do opieki nad dzieckiem mogą poprosić dziadków. Nasi rodzice nie mieszkają na miejscu, poza tym pracują i zdrowotnie nie są w stanie podjąć się wymagającej opieki nad rozbrykanym wnukiem 😉 W trakcie poszukiwań odpowiedniego przedszkola okazało się, że w moim mieście jest całkiem spory wybór dobrych placówek z pozytywną opinią i konkurencyjną ceną. Czym się kierowaliśmy wybierając przedszkole?

Odległość.

Mamy jedno auto, którym małżonek jeździ do pracy. Mieszkamy w samym centrum miasta, a ja do pracy mam bardzo dobry dojazd autobusem lub tramwajem, więc szukaliśmy przedszkola, które będzie po drodze do naszej pracy. Paradoksalnie przedszkole znajdujące się dosłownie rzut beretem od naszego bloku ma niezbyt pochlebną opinię rodziców, więc je odrzuciliśmy. Wybraliśmy przedszkole „Filip i Maja”. Oboje z mężem jadąc do/z pracy je mijamy, więc zawożąc czy odbierając syna nie musimy zbaczać z drogi.

Cena.

Nie będę ukrywać, że opłaty za przedszkole były dla nas ważne. Byliśmy oczywiście świadomi, że za prywatne przedszkole zapłacimy więcej niż za publiczne, ale jak się okazało ceny za prywatne placówki w naszym mieście są bardzo różne. Dla przykładu czesne za jeden miesiąc w „Filip i Maja” wynosi 450 zł + 5 zł za wyżywienie dziennie. Po więcej szczegółów zapraszam tutaj. Inne przedszkole w centrum miasta to już cena 600 zł miesięcznej opłaty + 9 zł za wyżywienie dziennie. Jest różnica, prawda? 😉 Szczerze mówiąc spodziewałam się, że opłaty za prywatne przedszkole to minimum 1000 zł, więc o połowa mniejsza kwota była dla nas pozytywnym zaskoczeniem.

Opinie.

Najlepszym źródłem informacji w takich sytuacjach jest poczta pantoflowa. Nie inaczej było w naszym przypadku. Naczytałam się różnych opinii o prywatnych przedszkolach w naszym mieście, głównie na internetowych forach i grupach, ale o „Filipie i Mai” dowiedzieliśmy się właśnie dzięki znajomemu, którego córka chodziła do tego przedszkola. Kiedy już zapisaliśmy tam syna i mówiliśmy gdzie chodzi, okazało się, że dużo osób zna to miejsce z dobrej strony. Po 3 tygodniach mogę powiedzieć, że jestem zadowolona z naszego wyboru. Pierwszego dnia w przedszkolu zanim zdążyliśmy dopełnić wszelkich formalności, księciunio przestał się wstydzić i nie oglądając się na nas poszedł do sali. Jak się później dowiedzieliśmy fajnie się bawił, zjadł obiad i ani razu nie płakał. W kolejnych dniach było już nieco inaczej. Najgorsze okazały się poranne, szybkie rozstania. Na szczęście po naszym wyjściu Młody szybko zapominał i zaaferowany nowymi zabawkami, basenem z piłkami i dziećmi, ani myślał rozpaczać. Z każdym dniem rozstania stają się coraz lepsze, co niezmiernie nas cieszy, a codzienne trajkotanie o „Pani Ani” z wielkim uśmiechem na buzi, utwierdza mnie w przekonaniu, że syn jest w dobrych rękach. Wszystkie panie, które poznałam są miłe i sympatyczne. Organizują czas dzieciom nie tylko w samym przedszkolu, ale również na dworze, co jest dużym atutem.

Atrakcje.

Dwulatkowi niewiele jest potrzebne do szczęścia. Zabawki inne niż w domu i towarzystwo rówieśników naszemu dwulatkowi w zupełności wystarczą. Kiedy dodam jeszcze, że w przedszkolu jest sala zabaw z basenem z piłkami, drabinkami i zjeżdżalnią, możecie sobie wyobrazić jak fajnie mają tam dzieciaki. Dodatkowo panie organizują wszelkiego rodzaju zabawy, gry, włączają piosenki, do których dzieci radośnie podrygują 😉 A dzięki aktywnej stronie na Facebooku rodzice na bieżąco mogą oglądać wrzucane zdjęcia. Za każdym razem kiedy oglądam zdjęcia utwierdzam się w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję o posłaniu syna do przedszkola.

Czy miałam obawy?

Oczywiście, że tak. Nasz syn należy raczej do pogodnych dzieci przyzwyczajonych do towarzystwa. Od urodzenia zostawał pod opieką dziadków czy cioć bez żadnego problemu. Zdaje sobie sprawę, że to nie to samo co kilkugodzinny pobyt w nowym miejscu wśród nowych pań i dzieci, ale wierzyłam, że w tej kwestii szybko się przyzwyczai. Intuicja mnie nie zawiodła 😉 Dzisiaj z przedszkola wychodzi rozdając paniom buziaki i machając. Wiem, że mogą się jeszcze zdarzyć kryzysy, ale póki co jestem dobrej myśli i na tym się skupiam. Nie należę do mam, które po odprowadzeniu dziecka do przedszkola zalewają się rzewnymi łzami, myśląc, że dziecku dzieje się krzywda. Owszem, myślałam jak to będzie kiedy pójdzie do przedszkola, ale wierzyłam i wierzę w moje dziecko. Nastawiłam się, że początki mogą być trudne, ale byłam przekonana, że nie będzie należał do tych dzieci, które przez cały pobyt w przedszkolu będą płakać w kącie za rodzicami. Może właśnie dzięki takiemu nastawieniu uznałam ten etap za normalną kolej rzeczy i zarówno mnie jak i synowi było łatwiej odnaleźć się w nowej sytuacji? Wierzę, że tak.

 

 

 

 

 

 

11 thoughts on “Debiutanci, czyli o nowym etapie w naszym życiu

  1. Najgorsze kilka pierwszych dni 🙂 Myślę że trzeba być konsekwentnym, a nie zabierać dziecko gdy płacze, albo długo się z nim żegnać. Przerabialiśmy już to w zeszłym roku i było całkiem znośnie 🙂 Ola uwielbia swoje przedszkole, a to dla mnie najważniejsze 🙂

  2. Pamiętam, gdy sama miałam wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim. Również zaczynałam w zupełnie innym nowym miejscu. Wtedy mały miał 2 lata i 4 miesiące. Do publicznego przedszkola się nie kwalifikował. Nad prywatnym się zastanawialiśmy. W ostateczności zdecydowaliśmy się na nianię. I nie żałuję decyzji, bo pani była dla synka jak druga babcia. Młody świetnie się z nią czuł, praktycznie nie chorował. Teraz chodzi do przedszkola. Nam udało się dostać do publicznej placówki bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania 😉

  3. Chyba najwazniejsze jest to, by mama czula sie szczesliwa i spelniona, bo wtedy te pozytywne emocje przelewaja sie na dziecko… Ja od lat mieszkam we Francji i zawsze jak uswiadamiam sobie, ze w kraju trzeba tyle placic za przedszkole (we Francji jest bezplatne i obowiazkowe chyba od tego roku od 3 roku zycia), to podziwiam polskie kobiety, ktore zongluja miedzy zyciem zawodowym i rodzinnym. Dziewczyny, pelen szacun. Pozdrawiam serdecznie Beata

  4. Sama jeszcze nie planuje dziecka choć wiem ze niebawem będę chciała je mieć i pewnie wtedy dotyczyć będą mnie takie tematy. powoli o tym wszystkim czytam bo potem pewnie pojawi się milion pytań. Sama poszłam dopiero do zerówki ale może to lepiej dla dziecka ze ma kontakt z rówieśnikami od małego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *